Skocz do zawartości
Forum komputerowe PC Centre

siwyAK - Blind Observer

  • wpisów
    6
  • komentarzy
    6
  • wyświetleń
    141 889

O blogu

I tak nie zrozumiesz...

Wpisy na tym blogu

 

TOP 20 – najlepsze gry w jakie dane mi było zagrać cz. 4

Naszła mnie ochota na wznowienie cyklu TOP 20 i postanowiłem uderzyć z grubej rury. Dorastałem w erze Małysza, żyłem jego skokami tak jak żyła nimi cała Polska. Nic dziwnego, że w pewnym momencie postanowiłem sięgnąć po genialną w swojej prostocie, niesamowicie miodną grę o nic nie mówiącej mi nazwie DSJ. Nie przypuszczałem, że ta wyglądająca dość "specyficznie" produkcja sportowa aż tak mnie wciągnie.     DSJ to oczywiście gra o skokach narciarskich, w której za pomocą myszki sterujemy naszym wirtualnym skoczkiem (bądź pikselami go przypominającymi - zależy od punktu widzenia). Gracz może rozgrywać sesje treningowe, pojedyncze zawody, Puchar Czterech Skoczni czy wreszcie cały sezon. Co chyba najważniejsze, nie musi grać sam. DSJ udostępniał przecudowny tryb hot seat, podobny do tego z Heroes'ów (pod względem miodności z gry). Zabawa z przyjaciółmi była czymś, co napędzało człowieka do trenowania w domowym zaciszu. Proste zależności dotyczące wybicia, pozycji i wiatru w praktyce wcale takie proste nie były. Oczekiwanie na swoją kolej było zawsze nerwowe, nigdy nie można było przewidzieć, na jakie warunki trafimy.     Wyróżnić trzeba ilość oraz świetny design skoczni (o ile tak to można określić patrząc na pikselozę na ekranie monitora). Te różniły się progiem, rozmiarem. Przyznam, że mi najlepiej skakało się na tych małych, najlepiej 60 m, do tego na kilku średnich. Mamutów nie trawiłem, bo skoki na nich były zbyt mocno uzależnione od siły wiatru, nasze umiejętności liczyły się dużo mniej. Inna sprawa, że na skoczni 200 m+ łatwiej było poprawić błąd przy wybiciu, czego w przypadku małych i średnich skoczni zrobić się po prostu nie dało.   Do Deluxe Ski Jumping mam ogromny sentyment i z rozrzewnieniem wspominam długie godziny, podczas których biłem kolejne rekordy, ścigałem się z kumplami, wygrywałem sezon z przeciwnikami sterowanymi przez komputer. Szkoda trochę, że kolejne wersje już mnie tak do siebie nie przyciągnęły. Tym niemniej zawsze będę pamiętał o DSJ 2.1, który dał mi naprawdę masę zabawy. Zachęcam do przetestowania tej gry - co prawda bez DosBOX-a się raczej nie obejdzie, ale naprawdę warto się trochę pomęczyć, by uruchomić tę gierkę.

siwyAK

siwyAK

 

TOP 20 – najlepsze gry w jakie dane mi było zagrać cz. 3

No więc nadeszła ta wiekopomna chwili, że sam stwierdziłem, że skoro rozpocząłem ten cykl, to należałoby by go wreszcie jakoś pociągnąć dalej. Było Mario, były Tanki, a dzisiaj zajmę się grą, która nie jest aż tak "stara". Blizzard Wam coś mówi zapewne? Starcraft także? No więc właśnie chodzi o Starcrafta, RTS-a, który wpłynął na moje postrzeganie gier strategicznych i pozwolił mi zanurzyć się w tym gatunku (który jednak ostatnio bardzo mocno zaniedbuję). Czym się w ogóle ten Starcraft wyróżniał i dlaczego w ogóle na niego spojrzałem? Był czas, że zamiast prawdziwej maszyny, posiadałem PC, któremu bliżej było do złomu niż prawdziwego komputera. Paradoksalnie była to zaleta, bo gdyby nie to, nigdy bym Starcrafta nie uruchomił. W tamtym czasie przy wyborze gry (odmiennie niż w chwili obecnej) musiałem patrzeć na jej wymagania i traf chciał, że jedyną grą wystawioną w sklepie, która w ogóle mogłaby mi ruszyć był właśnie RTS Blizzarda.   Gra już od pierwszej chwili mnie oczarowała – świetnie prezentowały się przerywniki filmowe oraz cinematic wprowadzający do gry. Także animowane menu było dla mnie bardzo atrakcyjne. Gdy natomiast wreszcie uruchomiłem kampanię Terran mojemu szczęściu nie było końca. Choć niewiele rozumiałem z tego, o co w ogóle w tym wszystkim chodzi, totalnie nie znałem i nie ogarniałem mechaniki rozgrywki, to jednak zatraciłem się w tej grze. Wpływ na to miało przede wszystkim niedoścignione według mnie do tej pory zróżnicowanie stron konfliktu. Całkowicie inaczej wyglądała walka Terranami, Zergami oraz Protosami, przy czym wszędzie był zachowany potrzebny balans. Gra posiadała bardzo dobry samouczek przez co ja, jako totalny newbie, bez stresu mogłem przyzwyczaić się do gry i sprawiała mi ona radość. Wielu ludzi pamięta SC za świetny multiplayer – nie sposób się z tym nie zgodzić, choć problemem były umiejętności graczy, z którymi się grało. Matchmaking po prostu zawodził, przez co często losowało mi ludzi-botów, z którymi nawet gdybym stał na uszach nie byłbym w stanie wygrać. Dlatego zawsze wolałem skirimsh, boty wcale nie były takie złe jak mogłoby się wydawać, choć oczywiście człowieka nie były w stanie zastąpić. Dlaczego jednak SC a nie SC2? Otóż SC2 pomimo tego, że jest grą świetną jest po prostu odtwórczy. To w sumie też jego największa zaleta, ale nie wywołuje on u mnie opadu szczęki jak właśnie stary dobry Starcraft. Przy RTS-ie Blizzarda spędziłem chyba najwięcej godzin jeśli bierzemy pod uwagę wszystkie strategie – nawet świetne SimCity 3000 i Anno 1602 nie mogą się z nim mierzyć (a to gry bardziej ekonomiczne, więc i więcej czasu zajmuje pojedyncza rozgrywka). Za co zapamiętam SC? Przede wszystkim za Jima Raynora i Sarę Kerrigan; za przecudowną rasę Protosów, od których wręcz bije potęga; za rushe Zerglingami oraz dzielne panny medyczki (wprowadzone w dodatku Blood War), które tak pięknie wspomagały naszych marines, ale też pięknie ginęły pozostawiając rzekę krwi.

siwyAK

siwyAK

 

TOP 20 – najlepsze gry w jakie dane mi było zagrać cz. 2

Kontynuując cykl TOP 20 – najlepsze gry w jakie dane mi było zagrać przedstawię Wam dzisiaj pierwszą grę z trybem co-op, która mnie (i mojego brata) wciągnęła na bardzo długo. Fanem militariów nie jestem, nigdy nie bawiło mnie bieganie po lasach z replikami broni, choć w Battlefield pograć lubię. Nie o tym jednak mowa. Ostatnio pisałem o jednej z najlepszych gier na NES-a, a konkretnie o Super Mario Bros. Otóż pamiętny kartridż z 1 mln gier zawierał oprócz czerwonego hydraulika także inną cudowną, wspaniałą, niesamowitą etc. grę. Uściślając, grę wojenną. Fanów Contry muszę jednak zasmucić, nigdy tej gry za bardzo nie lubiłem, chociaż muszę przyznać, że była bardzo grywalna. Tą militarną perełką jest więc Tank 1990.     Jeśli ktoś nie pamięta tej produkcji powinien się wstydzić Gdy przejadł mi się już trochę pan w czerwonym wdzianku zapragnąłem zobaczyć coś nowego. Wybór padł na "czołgi". Muszę przyznać, że już podczas pierwszego uruchamiania gry byłem pod wielkim wrażeniem. Zapadł mi w pamięć genialny motyw dźwiękowy towarzyszący włączeniu każdej nowej rundy. Początkowo grałem sam, nawet nie sprawdzałem jak wygląda tryb dla dwóch graczy. Myślałem, że podobnie jak w Mario czy Galaxy Invaders. Ku mojemu zdziwieniu można było grać z drugą osobą jednocześnie. Zaciągnąłem więc brata i tak marnowaliśmy ogromne ilości czasu na strzelanie do opancerzonych oponentów.   Czym wyróżniał się Tank 1990? Poza wspaniałym trybem co-op, możliwością budowania własnych poziomów. Projektowanie leveli było niemniej ekscytujące co koszenie czołgów wroga. Ileż to razy zdarzyło się także, że nie dało się ukończyć rundy, przez złe rozstawienie białych, pancernych bloków.   Tank 1990 doczekał się wielu różnych wersji, zmieniano moc czołgów, dodawano różne upgrade'y (m.in. możliwość pływania), ale zawsze najcieplej wspominam podstawkę. Prostota rozgrywki łączyła się ze świetnym klimatem. Obecnie bardzo trudno znaleźć grę co-op, gdzie nie znudzimy się po 2h wspólnej gry. Tank 1990 był zupełnie inny, niszczył dzisiejsze tytuły grywalnością.   Dzisiejszy wpis był drugim i ostatnim dotyczącym platformy o cudownej polskiej nazwie Pegazus. Można zastanowić się gdzie są np. Duck Hunt (popularne "kaczki"), Contra (po części wytłumaczyłem to już na początku wpisu), Galaxy Invaders, Goal 3, Pacman… Nie przeczę, to pozycje kultowe, ale nie wciągnęły mnie tak jak Mario i Tank 1990. Oczywiście jest cała masa produkcji o których w ogóle nie wspomniałem (może przyjdzie kiedyś czas, żeby je opisać), ale nie łapałyby się niestety do TOP 20. Swoją drogą NES (Pegazus) do tej pory wydaje się być dla mnie najpełniejszą, najlepszą platformą do gier w całej historii gier video. Niestety wszystko co dobre kiedyś się kończy i na naszego Pegazusa także przyszła kolej. Ach, ten 8-bitowy dźwięk, nie do podrobienia…

siwyAK

siwyAK

 

TOP 20 – najlepsze gry w jakie dane mi było zagrać

Dawno już nie dodawałem żadnego wpisu. Powód bardzo prozaiczny – brak czasu i po części też chęci. Dzisiaj jednak naszła mnie myśl o zrobieniu krótkiego minicyklu dotyczącego najlepszych gier, w jakie grałem. Oczywiście jest to całkowicie subiektywne zestawienie, dla wielu z Was każda z tych produkcji może być tak arcydziełem, jak i przeciętniakiem czy nawet totalnym gniotem. Przez kolejnych dwadzieścia krótkich, aczkolwiek wypełnionych po brzegi "ochami" i "ahami" wpisów pozwolę sobie przybliżyć te produkcje, które najbardziej zapadły mi w pamięci i przy których bawiłem się najlepiej.   Pierwszy odcinek cyklu poświęcę pozycji kultowej chyba we wszystkich kręgach. Jej bohater jest niejako synonimem gier video, a jego walka o odzyskanie pięknej księżniczki porwanej przez złego smoka nadal pozostaje jednym z najbardziej porywających wątków miłosnych w grach (powiedzmy ). Pewnie domyślacie się o kogo chodzi. Naszym dzisiejszym głównym bohaterem jest Mario – hydraulik o wyjątkowych umiejętnościach bojowych znany ze słabości do grzybów serwowanych w każdej postaci.     Małego, czerwonego ludzika zobaczyłem na ekranie swojego telewizora po raz pierwszy bardzo dawno temu. Była wigilia św. Bożego Narodzenia. Pamiętam, że z utęsknieniem czekałem na to co zostawi św. Mikołaj (tak, wtedy się jeszcze w niego wierzyło), a gdy pod choinką ujrzałem słynnego Pegazusa (odpowiednik amerykańskiego NES-a) z zestawem 1 mln gier (że też wtedy istniała taka kompresja ;p) nie mogłem oprzeć się pokusie i już po chwili siedzieliśmy z bratem przed ekranem tv, przy naszej nowej konsoli. Traf chciał, że Mario był pierwszą grą na długiej liście, którą mogliśmy wybrać. Tak też się stało i naszym oczom ukazał się czerwony bojownik o wolność ciemiężonych księżniczek. W tym momencie jeszcze nie wiedziałem, że za 5h będą musieli mnie odciągać od telewizora wołami.   Mario jest jednym z najlepiej rozpoznawalnych symboli związanych z grami komputerowymi. Prosta platformówka szybko stała się hitem, a kartridże z pirackimi wersjami schodziły jak świeże bułeczki. Przypominam, że dawniej nie było tak restrykcyjnego prawa autorskiego, a więc piracono legalnie. Sam posiadałem ponad 100 sztuk kupowanych na bazarze zestawów gier i pojedynczych tytułów.   Gra była świetna dzięki designowi poziomów. Każdy świat wyglądał inaczej. Raz skakaliśmy po wielkich grzybach, innym razem po chmurach, by w pewnym momencie spaść w odmęty morza. Ilość przeciwników nie była może jakaś zatrważająca, ale każdy poziom charakteryzował się odmiennym podejściem do tego tematu, wprowadzeniem nowych przeciwników idealnie sprawdzających się w danym środowisku. Choć gra dla hardkorowego gracza nie jest zbyt trudna, to dla kilkuletniego dziecka stawiała ogromne wyzwania. Kląć wtedy jeszcze nie potrafiłem, ale złościć się już jak najbardziej Po części właśnie irytacja przy zgonach doprowadziła do tego, że przez długi czas nie ruszałem w ogóle platformówek.   Mario był, jest i będzie pozycją obowiązkową dla każdego gracza. Gra od Nintendo na stałe zapisała się w mojej pamięci i, choć może dziwnie to brzmi, z łezką w oku wspominam siebie rzucającego po raz kolejny padem o podłogę po utracie ostatniego życia. Ach te stare czasy…

siwyAK

siwyAK

 

Recenzja Higurashi no Naku Koro ni

When They Cry, bo i tak nazywa się to anime jest jedną z niewielu serii, które potrafiły mnie czymkolwiek zaskoczyć. Higurashi jest całkiem strawnym daniem, choć należy go smakować, bo szybka konsumpcja w przypadku tej produkcji może skutkować niestrawnością. To dlatego, że jest ono niesamowicie zagmatwane, a jego konstrukcja potęguje to wrażenie. Dość powiedzieć, że jeśli ktoś nie dotrwa do ostatniego odcinka, niewiele będzie wiedział o tym, co do tej pory zobaczył.     Historia ukazana w Higurashi no Naku Koro ni ściśle powiązana jest z japońską miejscowością o nazwie Hinamizawa oraz odbywającym się tam co roku świętem Watanagashi. Jest to szczególny okres dla jej mieszkańców, nie tylko dlatego, że mogą razem bawić się i odpoczywać od codziennej pracy. Co roku w czasie, gdy wioska zajęta jest czczeniem Oyashiro-samy, ktoś ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. W tym miejscu należy się troszkę dłużej zatrzymać. Zbrodnie są co prawda zagadkowe,ale śmierć bohaterów When They Cry okrutna i bardzo bolesna. Anime należy do tych, których lepiej nie pokazywać osobom poniżej 18 roku życia i to nawet pomimo tego, że przez zdecydowaną większość czasu jego trwania panuje na pozór sielankowa atmosfera. Już sama informacja o tym, że ktoś rozerwał sobie gardło własnymi rękoma może nie być przyjemna, a scena wyrywania paznokci jednej z bohaterek do tej pory nie potrafi ulotnić się z mojej głowy.   Klimat Higurashi no Naku Koro ni jest bardzo ciężki. Bohaterowie zmagają się z własnym strachem, szaleństwem, knują i tworzą teorie spiskowe. Wszechobecne jest kłamstwo, które bardzo często prowadzi do przykrych konsekwencji, w tym także do śmierci. Przez zdecydowaną większość serii za wszystko odpowiadać ma klątwa Oyashiro-samy, spadająca na tych, którzy złorzeczą wiosce lub w inny sposób "zasłużyli" sobie na cierpienie. Zaciera się niejako granica między światem realnym, a tym znanym z baśni i legend.   Dziwne jest jednak to, że bohaterami tego anime są w większości dzieci/nastolatki. Tak duże nagromadzenie złych emocji jest więc bardzo wątpliwe, choć gdy na to spojrzeć z drugiej strony, w większości przypadków bodźcem do ich działań są wściekłość, pasja lub wróg (także wyimaginowany). Na przeciwnym biegunie stoją stróże prawa, choć i tutaj sytuacja nie jest do końca klarowna. Higurashi no Naku Koro ni jest pełne odcieni szarości. Nie ma człowieka całkowicie dobrego, ani też osoby przesiąkniętej do szpiku kości złem. Sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie, charaktery bohaterów poddawane są ciągłej przemianie, wróg staje się ofiarą, przyjaciel się od nas odwraca.   I to właśnie przyjaźń oraz towarzyszące mu zaufanie są jednymi z najważniejszych wartości ukazanych w When They Cry. Anime ma nas przekonać, że zwątpienie w drugiego, bliskiego nam człowieka doprowadza do nieszczęść.   Plusy:     klimat, ciekawa wielowątkowa fabuła, kreacja bohaterów, brutalność, przyjemny soundtrack, świetny opening, budowa anime, odpowiednia ilość odcinków (26).   Minusy:     stylistyka, w szczególności trochę przejaskrawiona kreska, czasem nielogiczne zachowanie bohaterów, nie dla osób o słabych nerwach, zdarzają się krótkie przestoje między kolejnymi wydarzeniami.     http://www.youtube.com/watch?v=nRtsIJXrhqc Opening Ocena: 9/10

siwyAK

siwyAK

 

Obiektywizm czyli walka z wiatrakami

Pierwszy mój wpis i od razu poruszam temat niewygodny, także dla mnie oczywiście. Naszła mnie dzisiaj refleksja odnośnie „obiektywnych” publikacji. Ze względu na to, że zdecydowanie częściej piszę artykuły związane z szeroko pojętym hardwarem, bliższa mojemu sercu jest formuła testu. Ma ona to do siebie, że bardzo ciężko dodać własny komentarz, nie będąc przy tym posądzanym o lubienie bądź nielubienie danego produktu czy marki. Test z założenia musi być tak obiektywny, na ile to tylko możliwe. Co innego recenzja, która jest zwykle całkowicie subiektywnym odczuciem redaktora. Mówienie o jakiejkolwiek bezstronności w przypadku, gdy sam autor twierdzi, że coś mu się nie podoba, albo nie jest czegoś zwolennikiem jest po prostu śmieszne. Niemniej jednak nie jest to zarzut, który może podważyć rację twórcy tekstu. Recenzja to świetny poligon dla wyrażania własnego zdania, które to może prowadzić do polemiki z jego autorem. Dobrze, gdy jest ona konstruktywna, a komentarze do czegoś prowadzą i coś wnoszą do tematu. Redaktor po imprezie lub ważnej premierze Taki model jednak nie przejdzie jeśli mamy na do czynienia z testem. W nim wyrażamy się w imieniu redakcji, dodatkowo tylko sygnując go własnym nazwiskiem. Tu nie może być mowy o błędach czy nieścisłościach, z którymi ktoś się nie zgodzi. Oczywiście, można dyskutować na temat oceny, ale już o zawartości merytorycznej nie bardzo. Autor testu nie może bronić się w ten sam sposób w jaki broni się autor recenzji. Z tego też względu jesteśmy częściej narażeni na krytykę, także tą nieuzasadnioną. A teraz puenta. Nie ma artykułów w pełni obiektywnych. Niezależnie od tego, jak bardzo staralibyśmy się nie dodawać własnego zdania, to i tak jakiś mikroskopijny pierwiastek stronniczości przedostanie się do naszego tekstu. I bardzo dobrze, bo bez tego byłoby nudno

siwyAK

siwyAK

×